Związki Zygmunta Klukowskiego z Podolem i Ukrainą

Rodzina Klukowskich na wakacjach w miejscowości Żwańczyk (teren obecnej Ukrainy, na wschód od Kamieńca Podolskiego), od lewej Antonina, Konstanty Borysowicz (mąż Zofii-siostra Zygmunta), Felicja (matka Zygmunta), Zygmunt, Julian (brat Zygmunta), Jordan (ojciec Zygmunta) i Antonina oraz dzieci Juliana i Antoniny. Foto: NN/Ośrodek KARTA

Zygmunt Klukowski – lekarz, bibliofil, kronikarz Zamojszczyzny, regionalista, pochodził z terenu obecnej Ukrainy. Często przebywał w rodzinnych stronach i utrzymywał bliskie relacje z osobami, które tam mieszkały.

 

Problematyka ta była w kręgu moich zainteresowań już od wielu lat. Na powrót stała się dla mnie interesująca i aktualna za sprawą konieczności przygotowania kwerendy dla Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Kiedy już ją opracowałem, zdałem sobie na nowo sprawę, jak ważne dla Zygmunta Klukowskiego były tereny byłego Imperium Rosyjskiego i Podola – obecnej Ukrainy. Wiele wiązało doktora z tym obszarem geograficznym i jego specyficznym ukształtowaniem społeczno-kulturalnym. Pragnę podkreślić, że artykuł ten stanowi pewien etap opracowania tytułowego tematu.

Niemal wszyscy ci, którzy znają postać dra Zygmunta Klukowskiego, wiedzą, że urodził się w 1885 r. w Odessie i właśnie tam spędził pierwszych siedem lat życia (rodzina Klukowskich przeniosła się do Moskwy w 1892 r.).

Odessa przynależy obecnie do Ukrainy, w okresie dzieciństwa doktora wchodziła w skład Cesarstwa Rosyjskiego. Z miastem tym Klukowscy (rodzice: Jordan i Felicja, oraz rodzeństwo Zygmunta: Julian i Zofia) byli związani przynajmniej przez kilkanaście lat. W wyniku prowadzonych przeze mnie badań mogę z całą pewnością wskazać, że mieszkali w tym urokliwym nadmorskim mieście już od lat 60. lub 70. XIX w. Brat Zygmunta Julian urodził się w Odessie w 1872 r. Na tamtejszym uniwersytecie ukończył prawo. Julian popełnił mezalians i ożenił się z Ukrainką. Starsza siostra Zofia uzyskała maturę w Charkowie. Wyszła za mąż za Konstantego Borysowicza herbu Dryja, lekarza z Podola, w XX-leciu międzywojennym ppłka Wojska Polskiego.

Młody Zygmunt, jak można się domyślać, rozpoczął edukację w szkole elementarnej (powszechnej) w Odessie (lub w okolicach Wilna), by potem kształcić się na poziomie gimnazjalnym w Wilnie, a następnie w Moskwie.

W Odessie został ochrzczony. Wszystko wskazuje na to, że miało to miejsce w obecnej katedrze pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (to najstarszy kościół rzymskokatolicki w tym mieście).

Chcąc pozyskać kopię aktu chrztu Zygmunta Klukowskiego, już kilka lat temu napisałem m.in. do proboszcza tej parafii. Odpowiedział, że dokumenty z tamtego okresu nie zachowały się. Bolszewicy po tym, jak przejęli władzę, zabrali je do Moskwy i ślad po nich zaginął.

W Odessie ojciec Zygmunta prowadził aptekę (niestety, nie udało mi się ustalić, w jakim miejscu miała siedzibę).

Jordan Klukowski pochodził z Niemirowa; tam też się kształcił (ukończył gimnazjum). Potem studiował farmację na Uniwersytecie  Kijowskim (Zygmunt Klukowski nazywał go „profesorem farmacji”).

Z kolei matka Zygmunta, Felicja z Podwińskich pochodziła z Winnicy. Była siostrą Julii, po mężu Lipińskiej, babki Eryka Lipińskiego, znanego satyryka, założyciela „Szpilek”. W Winnicy urodziła się i wychowała pierwsza żona Zygmunta Klukowskiego, Helena z Wojciechowskich, która w 1922 r. opuściła doktora i wraz z synem Jerzym wyjechała do Warszawy.

Przyszły kronikarz Zamojszczyzny we „Wspomnieniach z Moskwy” napisał, że jego dom był na wskroś polski, „pełen tradycyj polsko-ukraińskich”. „Wciąż słyszeliśmy z ich ust [rodziców – D.G.] opowiadania o dawnych czasach na Podolu, a sami wakacje przeważnie spędzaliśmy też na Podolu lub na Ukrainie u krewnych i znajomych” – pisał.

Wspominał również, że jego rodzina należała, i po kądzieli, i po mieczu, do „polsko-ukraińskiej szlachty kresowej”. Zygmunt Klukowski razem z najbliższą rodziną wyjeżdżał na wakacje na Podole. Potwierdzeniem tego faktu może być choćby fotografia rodziny Klukowskich z pobytu w Żwańczyku, zamieszczona w „Zamojszczyźnie”. Według „Słownika Geograficznego Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich (tom XIV, s. 871; wydany nakładem Filipa Sulimierskiego i Władysława Walewskiego, Warszawa 1880 –1914) Żwańczyk to „miastko u źródeł rzeki t.n., pow. uszycki, (…), leży na obszernej płaszczyźnie (…) na wschód od Kamieńca [Podolskiego – D.G.]. Należał dawniej do Koniecpolskich, Humieckich, Rzewuskich, a w 1780 r. przeszedł od Mierzejewskich do Kazimierza Lipińskiego”.

Na marginesie dodam, że Dyonizy Lipiński (dziadek Eryka Lipińskiego) za uczestnictwo w powstaniu styczniowym został zesłany na Syberię, a potem – był inżynierem – budował linie kolejowe w południowej części ówczesnego Cesarstwa Rosyjskiego. Osiedlił się w Odessie. Eryk Lipiński w swoich wspomnieniach napisał: „Atmosfera domu w dziesięciopokojowym mieszkaniu inżyniera Dyonizego Lipińskiego w Odessie była, jak zwykle w rodzinach kresowych, ogromnie polska i patriotyczna. Tradycje powstań narodowych, zwłaszcza styczniowego, w którym brało udział wielu członków rodziny, pokrewieństwo z jednym z przywódców konfederatów barskich – karmelitą Markiem Jandołowiczem, czym się szczycono – wszystko to wywierało silny wpływ na synów Dyonizego”.

Mieszkając już i pracując w Szczebrzeszynie, ale jednocześnie wspominając i zestawiając kulturotwórczą rolę szlachty kresowej, Zygmunt Klukowski przeciwstawiał ją przedstawicielom tej zamojskiej, pisząc: „Znałem kiedyś sporo dworów obywatelskich [sic!] na Podolu, Ukrainie i w Wileńszczyźnie. Przypominam je sobie teraz i porównuję z dworami w Zamojszczyźnie. Widzę kolosalną różnicę. Tam prawie każdy dwór kresowy był nie tylko ostoją polskości, lecz równocześnie i ogniskiem prawdziwej, nieraz wysokiej nawet kultury. Można było spotkać tam zasobne biblioteki, czasem zawierające bardzo cenne wydawnictwa, nowości często sprowadzano całymi pakami, prenumerowano liczne pisma, jak polskie, tak i zagraniczne, przeważnie francuskie, kupowano obrazy, gromadzono różne zbiory sztuki itp. W dworach tych atmosfera ogólna panowała zupełnie inna, dobrobyt materialny wybitnie sprzyjał podnoszeniu się kultury duchowej, życie umysłowe biło tam znacznie żywszym tętnem. Cechą ogólną siedzib dzierżawców ordynackich w Zamojszczyźnie była szarzyzna dnia powszedniego i jałowość w dziedzinie życia umysłowego.” To cytat z XIV rozdziału nieopublikowanych jeszcze „Wspomnień” dra Zygmunta Klukowskiego.

Kiedy w 1914 r. wybuchła I wojna światowa, Zygmunt Klukowski, jako poddany rosyjski (nostryfikował w 1912 r. dyplom lekarski na uniwersytecie w Kazaniu), został 1 sierpnia powołany do służby sanitarnej w charakterze młodszego ordynatora 63. szpitala polowego, funkcjonującego przy 25 Dywizji Piechoty.

Z początkiem przejściowej władzy Aleksandra Kiereńskiego (od lipca do listopada 1917 r.) na własną prośbę został przeniesiony do Szpitala Wojskowego w Symferopolu, na stanowisko młodszego ordynatora. Pracował tam od października 1917 r. do maja 1918 r., kiedy to zakończył służbę w wojsku rosyjskim (informacje zaczerpnięte z karty weryfikacyjnej znajdującej się w zasobie Centralnego Archiwum Wojskowego).

Jak można przypuszczać, w międzyczasie „[…] po przewrocie w Rosji, będąc w wojsku, zorganizowałem w 1917 r. wszystkich Polaków znajdujących się w 25 Dywizji Piechoty na humańskim froncie i byłem przewodniczącym Związku Polaków 25 Dywizji Piechoty” (fragment życiorysu Zygmunta Klukowskiego; Humań to miasto na terenie obecnej Ukrainy, na wschodnim Podolu, w obwodzie czerkawskim).

Najbliżsi przyjaciele Zygmunta Klukowskiego z okresu dwudziestolecia międzywojennego: Kazimierz Lewicki, dyrektor zamojskiego Gimnazjum im. Jana Zamoyskiego, i adwokat Henryk Rosiński, ukończyli studia na terenie dzisiejszej Ukrainy. Kazimierz Lewicki – na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie (urodził się w Gajach Niżnych koło Drohobycza; pochodził z rodziny o szlacheckich korzeniach). Rosiński urodził się w Kijowie, prawo ukończył na Uniwersytecie w Odessie. W Zamościu Zygmunt Klukowski poznał wybitnego poetę Bolesława Leśmiana (który ukończył prawo w Kijowie). Leśmian należał do założonego przez Klukowskiego Koła Miłośników Książki w Zamościu.

Zygmunt Klukowski, mieszkając i pracując w Szczebrzeszynie, nie zrywał kontaktu z miejscami, w których przeżył młodość. W maju 1928 r. uczestniczył we Lwowie w III Zjeździe Bibliofilów Polskich, połączonym z I Zjazdem Bibliotekarzy Polskich. Zjazdy te zostały zwołane z okazji 100. rocznicy założenia Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. Był w składzie Prezydium Honorowego zjazdów. Spotkał się wtedy m.in. z Franciszkiem Biesiadeckim, znanym lwowskim bibliofilem. Utrzymywał z nim stały kontakt.

W tym samym roku, kiedy miał już własny samochód, razem m.in. z adwokatem Henrykiem Rosińskim jeździł na dalsze i bliższe wycieczki, np. do Niemirowa, Borysławia, Truskawca, Zaleszczyk, Jaremczy. „W związku z naszą działalnością bibliofilską i nowymi projektami parę razy jeździliśmy do Lwowa” – pisał. Z Kazimierzem Lewickim i Henrykiem Rosińskim jeździli również na Targi Wschodnie do Lwowa.

Dr Zygmunt Klukowski utrzymywał bliskie kontakty z przedwojennym środowiskiem naukowym Lwowa (głównie Uniwersytetu Jana Kazimierza). W 1929 r., razem z Lewickim i Rosińskim, zorganizował w Zamościu Zjazd Naukowy im. Szymona Szymonowicza, w czasie którego prelekcje wygłosili wybitni polscy naukowcy: prof. Wilhelm Bruchnalski, prof. Stanisław Łempicki, prof. Kazimierz Hartleb. Wszyscy byli wykładowcami Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie.

Okres organizacji zjazdu Zygmunt Klukowski wspominał tak:

„Zaczęliśmy od tego, że pojechaliśmy do Lwowa, ażeby porozumieć się i omówić wszystkie szczegóły z prof. Łempickim, jednym z najlepszych znawców Zamojszczyzny, który nie jedną już swoją pracę poświęcił Janowi Zamoyskiemu. On też podjął się zredagowania księgi pamiątkowej poświęconej Sz. Szymonowiczowi biorąc na siebie cały trud wynalezienia autorów, dopilnowania korekt, druku, itp., poza tym dał nam mnóstwo cennych rad i wskazówek, do kogo zwracać się z prośbą o udział w samum obchodzie, kogo prosić o referaty na zjazd itd. Mając zapewnioną pomoc prof. Łempickiego, tak wytrawnego wydawcy i znanego w świecie naukowym pracownika, nabraliśmy nie mało otuchy i pewności, że zamierzenia nasze nie spełzną na niczym i śmielej już udawaliśmy się do różnych profesorów i ludzi nauki. Siłą rzeczy największe zrozumienie i poparcie znaleźliśmy we Lwowie. Toteż dużo razy jeździliśmy z Lewickim i Rosińskim do Lwowa. Ogromnym ułatwieniem było dla nas, że posiadałem już własny samochód i mogliśmy bez kłopotu pozwalać sobie na częstsze jednodniowe wypady do tego najmilszego miasta. Te nasze wspólne jazdy i ciągłe konferencje z ludźmi wielkiej i prawdziwej nauki, odbywane w prywatnym mieszkaniu prof. Łempickiego lub najczęściej w kawiarniach i restauracjach, pozostawiły u mnie jak najlepsze wspomnienia, do których powracam teraz z wielką przyjemnością”.

W okresie dwudziestolecia międzywojennego Zygmunt Klukowski krytykował akcje antyukraińskie, które sprowadzały się do pozbawiania Ukraińców stanowisk w szkolnictwie i administracji ze względu na przynależność narodową. Przed II wojną światową jego zdecydowana postawa spowodowała, że zostało zatrzymane burzenie cerkwi w Szczebrzeszynie.

W czasie II wojny światowej, jako kapitan WP i uczestnik kampanii wrześniowej, przebywał we Włodzimierzu Wołyńskim, gdzie w gmachu gimnazjum był organizowany szpital. Nie ukrywał znajomości z lekarzem narodowości ukraińskiej, którego spotkał w czasie wojny w Szczebrzeszynie, Semenem Żukiem z Lubaczowa, nazywając go „naszym dobrym znajomym”. Kilka lat później, pod datą 16 marca 1946 r., zapisał w „Dzienniku”: „Dochodzą do nas niepokojące wieści o coraz bardziej zaciętej i krwawej walce z Ukraińcami w okolicy Bełżca”.

Warto odnotować, że Zygmunt Klukowski, jak i inni mieszkańcy Kresów, nie wyobrażał sobie Polski bez Lwowa, Wilna czy innych mniejszych miast, miasteczek i wsi pod drugiej stronie Bugu. Uważał, że ustanowienie granicy na tej rzece i odebranie tak dużego obszaru II RP stanowi akt bezprawia i jest czwartym rozbiorem Polski.

Artykuł w nieco zmienionym kształcie ukaże się w najbliższym wydaniu Zamojskiego Kwartalnika Kulturalnego.

Dariusz Górny